Szukany produkt
 
Wydawnictwo 

Kategorie

 
 

Informacje

 
 
samogon historia i sposób jego przyrządzania w warunkach domowych
samogon historia i sposób jego przyrządzania w warunkach domowych
Klimatyczna książka dla koneserów

 

Autor: Praca zbiorowa
Tytuł: samogon historia i sposób jego przyrządzania w warunkach domowych
Tłumaczenie: Marian Leona Kalinowski, Larysa Trybus, Robert Maciej
Rok wydania: 2010
Miejsce wydania: Warszawa
Oprawa: miękkie laminowane okładki
Format: 155x225 mm
Ilość stron: 228
Międzynarodowy Standardowy Numer Książki: ISBN 978-83-89642-24-0
Wydawnictwo: Baobab
 
  • Opis
  • Spis treści
 

SAMOGON HISTORIA I SPOSÓB JEGO PRZYRZĄDZANIA W WARUNKACH DOMOWYCH

Książki i artykuły, które przyczyniły się do powstania tej książki

D. Dudinski, „Samogon w tradycji rosyjskiej"
W. Kruk „Samogon"
A. Lichobabina „Wyrób samogonu w warunkach domowych"
W. Jerofiejew „Rosyjska apokalipsa"
Louis de Rouvroy „Pamiętniki"
I. Ilf i E. Pietrow „Złote cielę"
W. Jerofiejew „Moskwa Pietuszki"
Anatolij Szyszkin „Abecadło przeżycia"
Siergiej Malinin „Samogon"
W. Wojnowicz „Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina"
A. Zorin i A. Haniutin „Wódka. Narodowy produkt Nr. 1"
H. Nogieć „Napoje alkoholowe"
W. Jerofiejew, „Rosyjski bóg"
Z. Kmieć „O sztuce destylatu"

"Po rosyjsku bulbaczka, buraczanka, benzyna, gazolinka, koniak "trzy buraki", mokry dolar, pieraczok, pasza Angelina (na cześć rekordzistki traktorzystki z lat 30.), rusznica, samogon, samodzieł, samizdat, samopał, samozwał, samogończyk, siwuszniak, zielenucha, taboretówka czy pieriegonka.

A po polsku: boża zorza, berbelucha, brymucha (określenie kresowe), chaberek, chłopska droga, czar PGR-u, księżycówka, KPN (Koniak Pędzony Nocą), krzakówka, leśny koniak, likier błotny, łzy sołtysa, maciejka, nafta, olaboga, polowa,słoneczna, sołtysówka, strychówka, surówka, swojska, siwucha, ściemniacz czy po prostu bimber.

To tylko niektóre nazwy napoju spirytusowego produkowanego potajemnie w warunkach domowych. Niewątpliwie rosyjski samogon zajmuje wśród nich ważne miejsce."

Samogon pędzili, pędzą i będą pędzić; a wódkę pili, piją i będą pić

Samogon to młodszy brat wódki z nieprawego łoża. Pojawił się w momencie, gdy państwo położyło rękę na alkoholu, wprowadzając monopol na jego produkcję.

Sami pędzimy, sami pijemy - te słowa obywatele od niepamiętnych czasów powtarzają jak „Ojcze nasz". Oficjalnie samogon niemal uznano za głównego wroga władzy radzieckiej twierdząc, ze jest przyczyną masowego pijaństwa i degradacji społeczeństwa -tak znawca tematu, Andriej Rosiński zaczyna swoją opowieść o samogonie. W filmach, na zdjęciach czy w prasie samogon przeważnie przedstawiano jako napój o nieprzyjemnym zapachu, mętnym kolorze i obowiązkowo w zabrudzonej butelce - przeciwstawiano mu czystą i zdrową państwową wódkę w smukłym szklanym opakowaniu. To był jeden z elementów walki z bimbrownictwem.

W 1985 roku wprowadzono nawet zakaz posiadania aparatu destylacyjnego. Popularność zyskał wtedy następujący dowcip.

Na wsi sąsiad doniósł na sąsiada,, że ten pędzi samogon. Przychodzi do niego milicja z rewizją:
- Ty - mówią - pędzisz bimber.
- Ależ skąd! Nie pędzę!
- Zaraz sprawdzimy.

Szukali, szukali i znaleźli w komórce; pod zwałami desek i starych szmat, zakurzony, zardzewiały i cały w pajęczynach aparat destylacyjny.

Zadowolony milicjant spisuje protokół.

- Nic nie wiedziałem o tym aparacie; on jeszcze po dziadku... Ja bimbru nie pędzę! - zarzeka się chłop.

A milicjant pisze i dogaduje:
- Przyrząd jest, znaczy się pędzisz. Będziesz siedzieć!
- To sądźcie mnie też za gwałt! - krzyczy zdesperowany chłop.
- Zgwałciłeś kogoś?! - zaciekawia się milicjant.
-Na razie nie, ale przyrząd jest! - odpowiada chłop.

Czy samogon jest naprawdę szkodliwy? Na to pytanie odpowiedź jest prosta: wszystko w nadmiarze nie służy człowiekowi. Sklepowa wódka, czy „koniak pędzony nocą" - jedno i drugie może z nas zrobić pijaka. Dlaczego wolno nastawiać nalewki, twierdząc przy tym, że mają one zdrowotny charakter? - ale tylko te, które są robione na legalnym alkoholu. Te, które przyrządzilibyśmy z własnego spirytusu stają się nielegalne i... niezdrowe. Nie trzeba się nad tym długo rozwodzić, prawda jest oczywista, samogon uszczupla budżet państwa. Tanie mocne wina, tzw. mózgojady, które siarką wypalają wnętrze człowieka, tania wódka wsparta chemicznymi procesami, by przyśpieszyć destylację, nawet wódka z najwyższej półki (krystalicznie czysta i bez zapachu) - nie mogą się równać z samogonem przygotowanym zgodnie z regułami, trunkiem, którego smak na długo zapada w pamięć.

Oddajmy teraz głos Zbigniewowi Kmieciowi, który opowie o sztuce destylowania w polskim wydaniu.

(...) Poziomkowe, wiśniowe; z owoców róży, z miodu, leżakowane w beczkach, wzbogacane aromatami syropu sosnowego lub czyste jak łza. Damskie i męskie w smaku. Bogactwo prawda? Polski bimberek nie musi się wstydzić sznapsów, grappy i całej reszty mocnych alkoholi świata. O ile dobrze schowa się przed policją, urzędem celnym, izbą skarbową - całą armią, która stoi na straży dawno już nie państwowych monopoli.

Malinowy destylat dziadka W. szanują nawet ci, którzy nie odróżniają Pałuków od Roztocza. W latach czterdziestych (wtedy dziadek W. zaczął parać się tą sztuką) samogon był walutą, posługiwały się nią całe wioski, ale i w okupowanej Warszawie była niemal pełnoprawnym środkiem płatniczym. Partyzanci kupowali za nią broń, zdobywali przychylność informatorów, opłacali kryjówki. A potem, jako że dziadek W. został obdarzony licznym potomstwem (ze sporym procentowym udziałem córek), hołdował zasadzie: dom musi być gotowy do przeprowadzenia wesela w 48 godzin. Liczne wesela (wszak skoro są córki, pojawiły się w postępie geometrycznym wnuczki) zaowocowały ogromnym doświadczeniem, które połączone z wrodzonym talentem, finezją i nieustannie weryfikowane przez kiperskie zdolności zastępu synów, zięciów, wnuków, doprowadziły naszego bohatera do niespotykanej maestrii.

Wyrób dziadka W. podawany jest najczęściej (oczywiście nie powiem gdzie, ale w całkiem sensownej restauracji) w karafkach, lub w ślicznych starych butelkach po oranżadzie - buteleczki te cieszą się ogromnym powodzeniem szczególnie w czas kuligu, gdzie dojmujący mróz zdaje się obniżać procentową zawartość alkoholu w mistrzowskim destylacie, a przemarznięte ręce nie mają ochoty celebrować polewania do kieliszków.

Właśnie kieliszki. Wiele osób parających się gastronomią podaje bimberek w musztardówkach („wprzepięknie rżniętej wina szklanicy ostał się na dnie musztardy smak"). Ma to swoje uzasadnienie historyczne, nawiązuje do czasów okupacyjnych oraz trudnych lat PRL na wsi, jeszcze przed zniesieniem przez Gierka dostaw obowiązkowych dla rolników. Następnym sposobem są zwyczajne kieliszki: dwudziestki piątki - dla destylatu powyżej 60% - i literatki albo pękate pięćdziesiątki dla słabszego alkoholu. Metodą ekstremalną jest stosowane nad dolnym Sanem (ale tylko przez niektórych legendarnych wytwórców) podawanie destylatu, nazywanego tam wdzięcznie „denaturą" do piwnych pokali. Uroku tego sposobu serwowania dopełnia naczynie, z którego bimber się polewa, mianowicie laboratoryjne (laboratorium - miejsce gdzie odbywa się destylacja i degustacja) wiadro.

Wreszcie w czasie majowej nocnej libacji (wiele mil przemierzyli, by przy wspólnym zasiąść stole) dwaj czołowi sommelierzy, w zderzeniu z malinowym destylatem dziadka W., zgodnie orzekli: „alkohol tak aromatyczny, o długim, zmieniającym się bukiecie, licznych odcieniach smakowych i zdecydowanym owocowym charakterze najwięcej zyskuje, gdy jest podawany z kieliszków do grappy".
Dziwne, prawda? Jestem przekonany; że większość czytelników tego tekstu dalej sądzi, że to przecież strasznie śmierdzi i, poza niekwestionowaną mocą nie ma żadnych zalet Przyznaję, też tak myślałem jako młode pacholę. Aż, pamiętam jak dzisiaj: było to w sierpniu 1996 roku. Razem z kolegą pojechaliśmy na Orawę, zrobić rekonesans przed szkoleniem dla wójtów gmin podhalańskich. I tam, na polecenie wójta Franciszka A. ktoś przyniósł wspaniałą domową śliwowicę. Nie trzeba szukać wielu dowodów na istnienie Boga, jeśli jest Krywań, są gwiazdy nad halą i lasem, cień Babiej Góry, bacówka, a w niej żętyca i śliwkówka, zdaje się, że autorstwa przewodniczącego Rady Gminy. Klękajcie narody.

I wtedy dowiedziałem się o tym, że oprócz Łącka, którego heroiczna walka o legalizację zasługuje na osobny tekst, są ośrodki w Polsce, gdzie bimber pędzą artyści. Potem poznałem i Łzę Korycińską, i księżycówki z Podlasia, i wspaniałe ziemniaczane destylaty z Bieszczadów, i czyste jak kryształ płyny z Puszczy Solskiej, bez żadnych fuzekli brzydkich, i usłyszałem o mrukliwych Kaszubach, którzy skwapliwie przed obcymi chowają swoje arcydzieła. I zobaczyłem ten trunek szlachetny na - wierzcie mi lub nie wierzcie; najlepszych polskich stołach. I przekonałem się, ze do naszego lasu, i góry, i do widoku na „pola malowane zbożem rozmaitym" nie nadają się wyroby monopolowe, czy to Polski, czy to Finlandii, Szwecji, czy nawet Rosji no, może za wyjątkiem niektórych wódek ukraińskich (zawsze miałem słabości do tych stron, i do tych alkoholi). Poznałem wielu zacnych miłośników alembiku, nie tylko na prowincji, ale i w wielkich miastach, biznesmenów, restauratorów i artystów. Zobaczyłem z jaką wytrwałością poszukują miejsc, smaków. Widziałem kolekcje złożone z kilkuset butelek różnego autorstwa, opisane rocznikami, technologią produkcji, poznałem pasjonatów którzy przejadą całą Polskę, by nabyć rewelacyjną kolumnę destylacyjną, którzy z pasją porównują doświadczenia polskie z bałkańskimi. Czy uwierzycie, że osoby, które stać na wakacje w dowolnym miejscu globu, które z racji sytuacji majątkowej lub zawodowej miewają często okazję, by pijać lub częstować Petrusem albo zupełnie szalonymi Single Maltami, buteleczkę szczególnie zacnego destylatu przechowują tylko dla najbliższych znajomych? Potem sam zacząłem robić eksperymenty. Na przykład zabierałem ze sobą nieco alkoholu w różne nobliwe miejsca. Oj, nie spotykałem się z odmową, kiedy proponowałem poczęstunek. Potem rozszerzyłem eksperyment na obcokrajowców. I tak pierwszy z brzegu, acz wytrawny znawca trunków... był święcie przekonany, że ma do czynienia z jakimś wybitnym koniakiem, który z niewiadomych przyczyn nie trafił do dębowej beczki.

Tutaj dochodzimy do sedna zagadnienia. Zasadniczą przeszkodą w tym, by polskie wyroby pozamonopolowe znalazły należną w świecie cześć i szacunek, jest brak legalizacji.

Przypomina mi się zaraz scena, o której opowiadał mi zaprzyjaźniony policjant. Grupa dostała rozkaz - nie, nie od niego - zniszczenia wspaniałej bimbrowni. Jeden z policjantów niemal z czułością tłukł szklane rurki i butle z zacierem, inni przyglądali się temu z nie dającym się ukryć wzruszeniem, a dowódca oddziału wręcz trzymał w objęciach ryczącego jak bóbr właściciela i z drgającymi dłońmi i łzami w oczach usiłował wydostać ze ściśniętego gardła słowa pocieszenia.

W takiej sytuacji ciężko przez wiele lat trzymać wybitny nastaw, trudno przebierać w owocach i w surowcu, nie można eksperymentować ze smakiem, z technologią. Przez represyjne podejście państwa większość samogonu pędzona jest naprędce, w tragicznych warunkach, bez powszechnie dostępnej wiedzy; bez systemu oceny i weryfikacji jakości. Wypijany jest również naprędce, łapczywie, wstydliwie i za szybko, zanim zdąży dojrzeć; zanim w naturalny sposób utraci wszystkie niepożądane elementy smaku i zapachu. I dlatego większości z nas bimber kojarzy się z czymś mocnym i śmierdzącym. A nie jest tak wcale i wcale tak być nie musi.

I na koniec zacytujmy krótki artykuł Agaty Łukaszewicz, który ukazał się w „Rzeczpospolitej" 1 grudnia 2004 roku: (...) Wyrabianie alkoholu etylowego na własny użytek jest nielegalne i mówią o tym przepisy ustawy o wyrobie alkoholu etylowego oraz wytwarzaniu wyrobów tytoniowych - przesądził Sąd Najwyższy.

Za nielegalną produkcję samogonu grozi do roku więzienia.
Zanim sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, zmierzyły się z nią dwa sądy niższych instancji.

Stefan N. został oskarżony o to, że latem 2003 r. w małej miejscowości w województwie świętokrzyskim bez wymaganego zezwolenia wyrabiał tzw. samogon (tj. o przestępstwo z art. 12a ust. 1 ustawy z 2 marca 2001 r. o wyrobie alkoholu etylowego oraz wytwarzaniu wyrobów tytoniowych). Jeden z sądów rejonowych w W. w kwietniu tego roku umorzył postępowanie karne wobec Stefana N., uznając, że czyn ten nie ma znamion czynu zabronionego.

Sąd zwrócił oskarżonemu zatrzymane w sprawie rzeczy. Na takie postanowienie zażalił się oskarżyciel publiczny.

Sąd okręgowy, rozpoznając ten środek odwoławczy, zastanawiał się nad treścią art. 12a ust. 1 ww. ustawy. Stanowi on, że kto bez wymaganego wpisu do rejestru wyrabia, skaża, oczyszcza lub odwadnia alkohol etylowy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub do roku więzienia. Problem tkwił w tym, czy przestępstwem jest tylko wyrabianie bez wymaganego zezwolenia alkoholu etylowego w ramach działalności gospodarczej, czy również takie wyrabianie alkoholu etylowego na własny użytek?

A ponieważ sąd okręgowy nie potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi, zwrócił się w tej sprawie o pomoc do sądu najwyższego. W uzasadnieniu postanowienia podnosił, że, jego zdaniem, wyrób alkoholu etylowego na własny użytek nie podpada pod art. 12a ust. 1.

- Ponieważ ustawa nie przewiduje wydawania zezwoleń na produkcję alkoholu etylowego poza działalnością gospodarczą, to produkcja taka, 777.in. produkcja na własne potrzeby, nigdy nie może być legalna - przesądził SN (sygn. IKZP 23/04).

Data dodania produktu: 22 grudzie 2010.